wtorek, 4 grudnia 2012

Wszystko mnie denerwuje.


Od czasu zerwania z Perrie minęły 3 dni. 3 dni udręki. Katherine nie zadzwoniła, nie napisała... A gdy ja dzwoniłem: „abonent jest poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon”. Dlaczego? Potrzebowałem jej. Nie wychodziłem z domu, cały czas spędzałem z Niamejem. To się nazywa przyjaciel, prawda? Miał tajemnice, wiem to. Zbyt dobrze go znam, a on nie kłamie najlepiej. Nie pytałem, mimo tego, że chciałem wiedzieć. Każdy zasługuje na prywatność, co nie? Ja nie chciałem naruszać jego. W końcu przyjdzie czas, w którym sam mi powie. Nie przejmowałem się tym. Spędzałem z nim czas, śmiejąc się i gadając. Mogłem mu powiedzieć WSZYSTKO. Bez wyjątku, a on słuchał mnie jak dziecko. Kocham go. Tej braterskiej miłości nie zniszczy nic, nawet śmierć. Chcę, by był przy mnie w ostatnich chwilach. Teraz, gdy jestem podłamany, tylko on potrafi mi pomóc. A Kathy? Zniknęła.
-Hahaha.- Powiedziałem sarkastycznie, wracając z toalety do kuchni. Irlandczyk właśnie zjadał ostatni kawałek pizzy. Zakrztusił się nim i zaczął śmiać. Poklepałem go po plecach, a on zakaszlał.
-Zaklepałem go.- Powiedziałem z wyrzutem do przyjaciela. Nie przeszkadzało mi to, że go zjadł, ja właściwie już się najadłem.
-No wiem... Ale on do mnie mówił i błagał mnie, żebym go zjadł...- Mówił z pełną buzią i smutnym wyrazem twarzy. Czasem się zastanawiam: może on naprawdę gada z jedzeniem? Usiadłem koło niego, nalewając sobie soku. Wypiłem jednym duszkiem. Chłopak skończył jeść ostatni kawałek. Smutno popatrzył na karton.
-Koniec...- Westchnął. Przytuliłem go, delikatnie głaszcząc po plecach. Uwielbiałem jego ciepło i równomierne bicie serca. Czułem się wtedy jak mały chłopiec, przytulony do mamy. Odsunąłem się od niego.
-Rozumiem, że w lodówce puchy?- Spytałem. Pokiwał głową. -Idę po żelki.- Przyjaciel od razu się rozpromienił. Był taki uroczy. Ubrałam się i wyszedłem, kierując do najbliższego sklepu. Gdy już się w nim znalazłem, wziąłem kila paczek żelek, ciastek, chipsów i innych przysmaków. Wziąłem też 2 piwa. Nie wiem, czy będzie chciał, ale zawsze biorę. Tak w razie co. Właśnie miałem zapłacić, gdy zauważyłem Ją. Wchodziła do sklepu z … Liam'em. Patrzyłem na nich, a moje źrenice powiększyły się do granic możliwości. Co oni robią razem? Miałem ochotę na nich nawrzeszczeć, ale to wyglądałoby dziwnie.
-Proszę Pana...- Odezwała się kasjerka. Wróciłem do rzeczywistości. Przeprosiłem, zapłaciłem, podziękowałem. Minąłem ich w drzwiach udając, że nie zauważyłem. Nie udało się. Poczułem, jak ktoś chwyta mój nadgarstek. Puść. Nie rań.
-Zayn! Dawno się nie widzieliśmy.- Powiedziała, swoim dźwięcznym głosem. Uśmiechnąłem się sztucznie.
-Hej, Kathy! O i Liam. Przepraszam, nie zauważyłem was.- No cóż. Nie kłamałem najgorzej. Przynajmniej lepiej od Nialler'a. Katherine uśmiechnęła się do mnie promiennie, a Liam zrobił zmieszaną minę. I znów to dziwne uczucie... Zazdrość? Może. Chciałem iść do domu i nie musieć na nich patrzeć. Irytowali mnie, jak jasna cholera.
-Jak się trzymasz?- Spytała. W jej oczach dostrzegłem smutek. O! A teraz to się nagle mną interesuje. Mam cię w głębokim poważaniu, słoneczko. Bolało. Odsuwanie jej od siebie bolało, ale jej brak bolał jeszcze bardziej.
-Jest świetnie. Właśnie... Szedłem z zakupami do przyjaciela i tak trochę się śpieszę...- Powiedziałem cicho. Posmutniała jeszcze bardziej. Chyba zrozumiała aluzję. Coś w stylu : nie mam nic lepszego do roboty, ale nie chcę z tobą rozmawiać, więc spierdalaj! No cóż. Jej widok mnie zdenerwował. Tym bardziej, że była z MOIM PRZYJACIELEM. To cholernie bolało.
-Ah... No tak. Pozdrów Niall'a.- Powiedziała i odeszła. Zaraz, zaraz. Skąd ona wiedziała... Dobra, mniejsza. Szybko wróciłem do domu. Irlandczyk czekał na kanapie. Ja tylko rzuciłem mu torby z zakupami i poszedłem do swojego tymczasowego pokoju. Zamknąłem drzwi i rzuciłem się na łóżko. Zbyt trudne, by zrozumieć. Zbyt bolesne, by poczuć. Znów świat, w którym nie ma nic. Puste, wyblakłe, znikome. Nie istnieje. Uczucia powinny nie istnieć. Wolałbym być bezlitosną maszyną, niż teraz cierpieć. Wszedłem na TT. Oczywiście fanki spamują... DENERWUJĄCE. Oprócz tego pytali, dlaczego zerwałem z Perrie. Świetnie, wszystko wygadała. Choć zresztą lata mi to. Paul dzwonił, ale go olałem. No cóż, moje życie, moja sprawa. Niech nikt nie włazi z butami. Ten za chwilę znowu będzie chciał, żebyśmy byli razem. Co to, to nie! Nie mam zamiaru udawać. Tak mnie to wszystko irytuje. Trzasnąłem klapą laptopa.
-A pieprzcie się wszyscy....- Powiedziałem na głos. Usłyszałem pukanie. Oczywiście, moja kochana, dobra wróżka. Zaraz pomacham różdżką i zmienię cię w piękną i szczęśliwą księżniczkę!Nie, sory. Nie w tym życiu. Oh, nie. Zayn, ty arogancki chamie! Niech cię lusterko pocieszy. Chociaż ono mnie nie okłamie! Chyba powinienem się leczyć. Gadam sam ze sobą. Może nie na głos, ale jednak. Pierdolę 3 po 3. Niall nie dawał za wygraną i cały czas walił w te zasrane drzwi. Otworzyłem.
-Powiesz mi, co się stało?- Spytał, cicho. Wyglądał, jakby miał się za chwile popłakać. Kuźwa. Serce pęka na taki widok i nawet ja mięknę. Wszystkie emocje jakby uleciały. Znów byłem kochającym go Zayn'em.
-Okazało się, że jednorożce nie istnieją. Cały mój świat stanął w gruzach. - Mruknąłem pod nosem, na co on się zaśmiał. Tak Malik, jesteś w … zabawny.
-Za 20 minut będziemy mieli gościa. Gdybyś mógł...- Powiedział cicho. Nie patrzył na mnie, denerwował się. Ups, czyżby chciał skłamać?
-Kto przyjdzie?- Spytałem ciepło. Podniósł głowę i uśmiechnął się do mnie szeroko, odsłaniając aparat. Przytulił mnie mocno. Byłem trochę zaskoczony, ale także go objąłem. Uwielbiałem jego zapach. Odsunął się ode mnie.
-Moja koleżanka, Katherine.- Starałem się ukryć niezadowolenie i zdziwienie. Módl się, Malik, żeby to nie była ona. Uśmiechnąłem się sztucznie.
-To weź się ubierz, jakoś stosownie.- Zaśmiałem się. On pokazał mi język, po czym odszedł. Zamknąłem drzwi na klucz, a następnie wyszedłem na balkon. Spaliłem 3 fajki. Nerwy? O tak. I to ogromne. Dlaczego? Ponieważ przez ostatnie 3 dni zrobiłem mur dla świata. Tylko Niall miał wstęp do tego prywatnego raju, a jedno spojrzenie w jej oczy... Niszczy wszystko. Całą złość na świat. Uspokaja. Przebrałam się w czarne rurki i czarną koszulkę z Bob'em Marley'em. Poprawiłem włosy. Cholera, chyba trzeba się ogolić. Zaśmiałem się. Przecież o to nie dbam. Zszedłem na dół. Irlandczyk siedział w szarych dresach, koszulce w tym samym kolorze z jakimś nadrukiem i ulubionych butach. Usiadłem koło niego.
-Wystroiłeś się.- Powiedziałem, wpatrując się pustym wzrokiem w ogromny telewizor. Lubiłem jego beżową, skórzaną kanapę. Była bardzo wygodna. Rozłożyłem się na niej, jakby była moja.
-To koleżanka. Dla ciebie się nie stroję.- Odgryzł się. Uśmiechnąłem się chytro pod nosem.
-A mógłbyś.- Mruknąłem, niskim głosem, obejmując go ramieniem. Westchnął.
-Może w ogóle zacznę chodzić nago, jak Harry?- Zaśmialiśmy się oboje. Tak, Hazza uwielbiał paradować nago, ewentualnie w samych bokserkach. Czułem się wtedy dziwnie. Ja tak nie potrafiłem, tak, są moimi przyjaciółmi, ale bez przesady. Tak dawno ich nie widziałem... Zalała mnie nagła fala smutku, a w moich oczach pojawiły się łzy. Niall mnie przytulił. Na pewno zauważył. Kocham go. Cholera, jest moją słabością. Tylko on potrafi mnie rozgryźć, tylko on tak dobrze mnie zna. Brat, którego nigdy nie miałem. Pojawił się nagle, z dnia na dzień. Wtuliłem się w niego i pozwoliłem swobodnie spłynąć łzom. Po chwili jednak się ogarnąłem. Poszedłem do łazienki i umyłem twarz zimną wodą. Stałem przez chwilę przed lustrem, tępo gapiąc się w swoje odbicie. Mur. Musi wrócić, by chronić mnie, przed bólem. Gdy wróciłem, blondyn rozmawiał z Kathy. Olałem ich i poszedłem do kuchni. Czy to ukłucie w sercu, na jej widok, jest normalne? Wątpię. Zrobiłem sobie herbaty i otworzyłem czekoladowe ciasteczka. Przeżuwałem powoli, rozkoszując się każdym kęsem. Nie cierpię mieć słabości, a ostatnio cały czas przybywały. Jakbym wcześniej nie istniał i nagle, jednego dnia, wszystkie zaatakowały mnie równocześnie. Westchnąłem przeciągle. Nienawidzę rozmyślać i rozpamiętywać. To, co było, już nie wróci. Ona tylko raz Cię pocałowała, pewnie dlatego, że zrobiło jej się Ciebie żal. Nie dała nadziei. Sam to wiesz, nie zaprzeczaj. Wypiłem, a kubek wstawiłem do zmywarki. Dalej, Malik, musisz do nich iść. Cholera, coraz częściej gadam do siebie. Wstałem i poszedłem do salonu. Mały szok? Katherine przytulała Horan'a, a on patrzył na mnie z dziwną miną. Miałem ochotę prychnąć.
-Przepraszam, nie chciałem przeszkodzić.- Mruknąłem i wyszedłem. Ona wtedy mnie zauważyła i wyglądała na... Zdziwioną? Raczej na osłupiałą. Wygląd pustej blondynki. Wyszedłem i szybkim krokiem skierowałem się do parku. Po kij się odzywałem? Trzeba było bez słowa się wycofać. Zaprzeczam sam sobie. Jedyną osobą, której mogę ufać, jestem ja sam. Zapaliłem papierosa. Kolejny raz wpuszczam to świństwo do moich płuc. Dlaczego to robię? Nie potrafię inaczej. To ucieczka, pomaga się odprężyć. Zapominam o smutku i zmartwieniach. Czuję się wolny, jak ptak w locie. Potrzebuję tego. Każda komórka mojego ciała się tego domaga. A ja? Nie potrafię odmówić, przestać. Choć na moment. To ukojenie dla nerwów. Spaliłem i wyrzuciłem. Moment i wracam do rzeczywistości. Nienawidzę tego z całego serca, a z drugiej strony to kocham. Siedzę na ławce. Jak? Czuję się, jak w transie, nie wiem, co robię. I co z tego? Para. Zakochani? On tak, ona nie bardzo. Nudzi ją jego towarzystwo. Dostrzegła mnie. Uśmiech na twarzy i zdumienie. Podchodzi, prosi o zdjęcie i autograf. Mały, śliczny błękitny zeszycik. Starannie piszę, wyrobiony już podpis i dodaję: „Jeśli nie kochasz, to powiedz. Lepiej nie dawać złudnej nadziei.” Przeczytała. Jej mina... Wzięła sobie moje słowa do serca. Zrobiliśmy zdjęcie.
-To dlatego zerwałeś z Perrie?- Spytała, palcem wskazując napis. Spojrzałem na niebo. Wieczór.
-Nie potrafię odpowiedzieć na takie pytanie. Nie teraz, jest za wcześnie. Może kochałem, ale... To uczucie nie było na tyle silne, by przetrwać próbę czasu. - Szepnąłem, wbijając w nią smutne spojrzenie. Przytuliła mnie. Jej chłopak był zazdrosny? Na pewno. Mam to gdzieś, nie obchodzą mnie problemy innych. Wystarczająco dużo mam swoich. Odsunęła się ode mnie i uśmiechnęła nieśmiało. Odeszli, a ja zostałem sam. Jej ciepło szybko się ulatniało. Nie spytałem nawet o imię... Zresztą, po co mi taka informacja? Są miliony fanek, więc przypuszczalnie nazywała się Emilly. Zimno, a ja nie mam kurtki. Nie przemyślałem tego wyjścia. Poza tym nie myślałem, że w ogóle gdzieś wyjdę. Harry i Louis. Tęsknili? Sprawdzimy. Szedłem szybkim krokiem tak, że już kilka minut później byłem na miejscu. Zadzwoniłem. Z uśmiechem na twarzy otworzył mi Hazza. Trochę zdziwiony, ale wpuścił mnie do środka. No tak, nie kontaktowałem ponad 3 dni, a teraz nagle się zjawiam i bez wyjaśnienia wpieprzam do domu. Genialny ja! W ogóle nie myślę. Opowiedziałem im o wszystkim. IM, ale nie tylko Styles'owi i Lou, bo także Eleanor była. Obiecała, że nie powie, ale kto by wierzył kobietom. Nie powiedziałem im jednak o Katherine. To znaczy... O niej, jako osobie tak, ale nie o snach i pocałunku. Co by to zmieniło? Z Perrie tak czy inaczej nie będę. Kazali mi spać u siebie. Ostatnio nie obchodziło mnie, gdzie śpię, byle, by było ciepło. Zasnąłem szybko. Sen. Ona, jako Anioł. Powiedziałem, że nie chcę jej znać. Nie chcę mieć nic wspólnego. Rani mnie jej widok. Smutna odeszła, a ja obudziłem się i spaliłem fajkę. Później leżałem w łóżku do samego rana.

+ Nie wiem dlaczego tak wychodzi... Mam pomysł na rozdział, ale przez moje samopoczucie wychodzi takie gówno. Przepraszanie już nie wystarczy ;cc 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz