Od czasu zerwania z Perrie minęły 3
dni. 3 dni udręki. Katherine nie zadzwoniła, nie napisała... A gdy
ja dzwoniłem: „abonent jest poza zasięgiem lub ma wyłączony
telefon”. Dlaczego? Potrzebowałem jej. Nie wychodziłem z domu,
cały czas spędzałem z Niamejem. To się nazywa przyjaciel, prawda?
Miał tajemnice, wiem to. Zbyt dobrze go znam, a on nie kłamie
najlepiej. Nie pytałem, mimo tego, że chciałem wiedzieć. Każdy
zasługuje na prywatność, co nie? Ja nie chciałem naruszać jego.
W końcu przyjdzie czas, w którym sam mi powie. Nie przejmowałem
się tym. Spędzałem z nim czas, śmiejąc się i gadając. Mogłem
mu powiedzieć WSZYSTKO. Bez wyjątku, a on słuchał mnie jak
dziecko. Kocham go. Tej braterskiej miłości nie zniszczy nic,
nawet śmierć. Chcę, by był
przy mnie w ostatnich chwilach. Teraz, gdy jestem podłamany, tylko
on potrafi mi pomóc. A Kathy? Zniknęła.
-Hahaha.-
Powiedziałem sarkastycznie, wracając z toalety do kuchni.
Irlandczyk właśnie zjadał ostatni kawałek pizzy. Zakrztusił się
nim i zaczął śmiać. Poklepałem go po plecach, a on zakaszlał.
-Zaklepałem go.-
Powiedziałem z wyrzutem do przyjaciela. Nie przeszkadzało mi to, że
go zjadł, ja właściwie już się najadłem.
-No wiem... Ale on
do mnie mówił i błagał mnie, żebym go zjadł...- Mówił z pełną
buzią i smutnym wyrazem twarzy. Czasem się zastanawiam: może on
naprawdę gada z jedzeniem? Usiadłem koło niego, nalewając sobie
soku. Wypiłem jednym duszkiem. Chłopak skończył jeść ostatni
kawałek. Smutno popatrzył na karton.
-Koniec...-
Westchnął. Przytuliłem go, delikatnie głaszcząc po plecach.
Uwielbiałem jego ciepło i równomierne bicie serca. Czułem się
wtedy jak mały chłopiec, przytulony do mamy. Odsunąłem się od
niego.
-Rozumiem, że w
lodówce puchy?- Spytałem. Pokiwał głową. -Idę po żelki.-
Przyjaciel od razu się rozpromienił. Był taki uroczy. Ubrałam się
i wyszedłem, kierując do najbliższego sklepu. Gdy już się w nim
znalazłem, wziąłem kila paczek żelek, ciastek, chipsów i innych
przysmaków. Wziąłem też 2 piwa. Nie wiem, czy będzie chciał,
ale zawsze biorę. Tak w razie co. Właśnie miałem zapłacić, gdy
zauważyłem Ją. Wchodziła do sklepu z … Liam'em. Patrzyłem na
nich, a moje źrenice powiększyły się do granic możliwości. Co
oni robią razem? Miałem ochotę na nich nawrzeszczeć, ale to
wyglądałoby dziwnie.
-Proszę Pana...-
Odezwała się kasjerka. Wróciłem do rzeczywistości. Przeprosiłem,
zapłaciłem, podziękowałem. Minąłem ich w drzwiach udając, że
nie zauważyłem. Nie udało się. Poczułem, jak ktoś chwyta mój
nadgarstek. Puść. Nie rań.
-Zayn! Dawno się
nie widzieliśmy.- Powiedziała, swoim dźwięcznym głosem.
Uśmiechnąłem się sztucznie.
-Hej, Kathy! O i
Liam. Przepraszam, nie zauważyłem was.- No cóż. Nie kłamałem
najgorzej. Przynajmniej lepiej od Nialler'a. Katherine uśmiechnęła
się do mnie promiennie, a Liam zrobił zmieszaną minę. I znów to
dziwne uczucie... Zazdrość? Może. Chciałem iść do domu i nie
musieć na nich patrzeć. Irytowali mnie, jak jasna cholera.
-Jak się
trzymasz?- Spytała. W jej oczach dostrzegłem smutek. O! A teraz to
się nagle mną interesuje. Mam cię w głębokim poważaniu,
słoneczko. Bolało. Odsuwanie jej od siebie bolało, ale jej
brak bolał jeszcze bardziej.
-Jest świetnie.
Właśnie... Szedłem z zakupami do przyjaciela i tak trochę się
śpieszę...- Powiedziałem cicho. Posmutniała jeszcze bardziej.
Chyba zrozumiała aluzję. Coś w stylu : nie mam nic lepszego do
roboty, ale nie chcę z tobą rozmawiać, więc spierdalaj! No
cóż. Jej widok mnie zdenerwował. Tym bardziej, że była z MOIM
PRZYJACIELEM. To cholernie bolało.
-Ah... No tak.
Pozdrów Niall'a.- Powiedziała i odeszła. Zaraz, zaraz. Skąd ona
wiedziała... Dobra, mniejsza. Szybko wróciłem do domu. Irlandczyk
czekał na kanapie. Ja tylko rzuciłem mu torby z zakupami i
poszedłem do swojego tymczasowego pokoju. Zamknąłem drzwi i
rzuciłem się na łóżko. Zbyt trudne, by zrozumieć. Zbyt
bolesne, by poczuć. Znów świat, w którym nie ma nic. Puste,
wyblakłe, znikome. Nie istnieje. Uczucia powinny nie istnieć.
Wolałbym być bezlitosną maszyną, niż teraz cierpieć.
Wszedłem na TT. Oczywiście fanki spamują... DENERWUJĄCE. Oprócz
tego pytali, dlaczego zerwałem z Perrie. Świetnie, wszystko
wygadała. Choć zresztą lata mi to. Paul dzwonił, ale go olałem.
No cóż, moje życie, moja sprawa. Niech nikt nie włazi z butami.
Ten za chwilę znowu będzie chciał, żebyśmy byli razem. Co to, to
nie! Nie mam zamiaru udawać. Tak mnie to wszystko irytuje.
Trzasnąłem klapą laptopa.
-A pieprzcie się
wszyscy....- Powiedziałem na głos. Usłyszałem pukanie.
Oczywiście, moja kochana, dobra wróżka. Zaraz pomacham różdżką
i zmienię cię w piękną i szczęśliwą księżniczkę!Nie,
sory. Nie w tym życiu. Oh, nie. Zayn, ty arogancki chamie! Niech
cię lusterko pocieszy. Chociaż ono mnie nie okłamie! Chyba
powinienem się leczyć. Gadam sam ze sobą. Może nie na głos, ale
jednak. Pierdolę 3 po 3. Niall nie dawał za wygraną i cały czas
walił w te zasrane drzwi. Otworzyłem.
-Powiesz mi, co się
stało?- Spytał, cicho. Wyglądał, jakby miał się za chwile
popłakać. Kuźwa. Serce pęka na taki widok i nawet ja mięknę.
Wszystkie emocje jakby uleciały. Znów byłem kochającym go
Zayn'em.
-Okazało się,
że jednorożce nie istnieją. Cały mój świat stanął w gruzach.
- Mruknąłem pod nosem, na co on się zaśmiał. Tak Malik,
jesteś w … zabawny.
-Za 20 minut
będziemy mieli gościa. Gdybyś mógł...- Powiedział cicho. Nie
patrzył na mnie, denerwował się. Ups, czyżby chciał skłamać?
-Kto przyjdzie?-
Spytałem ciepło. Podniósł głowę i uśmiechnął się do mnie
szeroko, odsłaniając aparat. Przytulił mnie mocno. Byłem trochę
zaskoczony, ale także go objąłem. Uwielbiałem jego zapach.
Odsunął się ode mnie.
-Moja koleżanka,
Katherine.- Starałem się ukryć niezadowolenie i zdziwienie. Módl
się, Malik, żeby to nie była ona. Uśmiechnąłem się sztucznie.
-To weź się
ubierz, jakoś stosownie.- Zaśmiałem się. On pokazał mi język,
po czym odszedł. Zamknąłem drzwi na klucz, a następnie wyszedłem
na balkon. Spaliłem 3 fajki. Nerwy? O tak. I to ogromne. Dlaczego?
Ponieważ przez ostatnie 3 dni zrobiłem mur dla świata. Tylko Niall
miał wstęp do tego prywatnego raju, a jedno spojrzenie w jej
oczy... Niszczy wszystko. Całą złość na świat. Uspokaja.
Przebrałam się w czarne rurki i czarną koszulkę z Bob'em
Marley'em. Poprawiłem włosy. Cholera, chyba trzeba się ogolić.
Zaśmiałem się. Przecież o to nie dbam. Zszedłem na dół.
Irlandczyk siedział w szarych dresach, koszulce w tym samym kolorze
z jakimś nadrukiem i ulubionych butach. Usiadłem koło niego.
-Wystroiłeś się.-
Powiedziałem, wpatrując się pustym wzrokiem w ogromny telewizor.
Lubiłem jego beżową, skórzaną kanapę. Była bardzo wygodna.
Rozłożyłem się na niej, jakby była moja.
-To koleżanka. Dla
ciebie się nie stroję.- Odgryzł się. Uśmiechnąłem się chytro
pod nosem.
-A mógłbyś.-
Mruknąłem, niskim głosem, obejmując go ramieniem. Westchnął.
-Może w ogóle
zacznę chodzić nago, jak Harry?- Zaśmialiśmy się oboje. Tak,
Hazza uwielbiał paradować nago, ewentualnie w samych bokserkach.
Czułem się wtedy dziwnie. Ja tak nie potrafiłem, tak, są moimi
przyjaciółmi, ale bez przesady. Tak dawno ich nie widziałem...
Zalała mnie nagła fala smutku, a w moich oczach pojawiły się łzy.
Niall mnie przytulił. Na pewno zauważył. Kocham go. Cholera, jest
moją słabością. Tylko on potrafi mnie rozgryźć, tylko on tak
dobrze mnie zna. Brat, którego nigdy nie miałem. Pojawił
się nagle, z dnia na dzień. Wtuliłem się w niego i pozwoliłem
swobodnie spłynąć łzom. Po chwili jednak się ogarnąłem.
Poszedłem do łazienki i umyłem twarz zimną wodą. Stałem przez
chwilę przed lustrem, tępo gapiąc się w swoje odbicie. Mur. Musi
wrócić, by chronić mnie, przed bólem. Gdy wróciłem, blondyn
rozmawiał z Kathy. Olałem ich i poszedłem do kuchni. Czy to
ukłucie w sercu, na jej widok, jest normalne? Wątpię. Zrobiłem
sobie herbaty i otworzyłem czekoladowe ciasteczka. Przeżuwałem
powoli, rozkoszując się każdym kęsem. Nie cierpię mieć
słabości, a ostatnio cały czas przybywały. Jakbym wcześniej nie
istniał i nagle, jednego dnia, wszystkie zaatakowały mnie
równocześnie. Westchnąłem przeciągle. Nienawidzę rozmyślać
i rozpamiętywać. To, co było, już nie wróci. Ona tylko raz
Cię pocałowała, pewnie dlatego, że zrobiło jej się Ciebie żal.
Nie dała nadziei. Sam to wiesz, nie zaprzeczaj. Wypiłem, a
kubek wstawiłem do zmywarki. Dalej, Malik, musisz do nich iść.
Cholera, coraz częściej gadam do siebie. Wstałem i poszedłem do
salonu. Mały szok? Katherine przytulała Horan'a, a on patrzył na
mnie z dziwną miną. Miałem ochotę prychnąć.
-Przepraszam, nie
chciałem przeszkodzić.- Mruknąłem i wyszedłem. Ona wtedy mnie
zauważyła i wyglądała na... Zdziwioną? Raczej na osłupiałą.
Wygląd pustej blondynki. Wyszedłem i szybkim krokiem skierowałem
się do parku. Po kij się odzywałem? Trzeba było bez słowa się
wycofać. Zaprzeczam sam sobie. Jedyną osobą, której mogę
ufać, jestem ja sam. Zapaliłem papierosa. Kolejny raz
wpuszczam to świństwo do moich płuc. Dlaczego to robię? Nie
potrafię inaczej. To ucieczka, pomaga się odprężyć. Zapominam o
smutku i zmartwieniach. Czuję się wolny, jak ptak w locie.
Potrzebuję tego. Każda komórka mojego ciała się tego domaga. A
ja? Nie potrafię odmówić, przestać. Choć na moment. To ukojenie
dla nerwów. Spaliłem i wyrzuciłem. Moment i wracam do
rzeczywistości. Nienawidzę tego z całego serca, a z drugiej strony
to kocham. Siedzę na ławce. Jak? Czuję się, jak w transie, nie
wiem, co robię. I co z tego? Para. Zakochani? On tak, ona nie
bardzo. Nudzi ją jego towarzystwo. Dostrzegła mnie. Uśmiech na
twarzy i zdumienie. Podchodzi, prosi o zdjęcie i autograf. Mały,
śliczny błękitny zeszycik. Starannie piszę, wyrobiony już podpis
i dodaję: „Jeśli nie kochasz, to powiedz. Lepiej nie dawać
złudnej nadziei.” Przeczytała. Jej mina... Wzięła sobie
moje słowa do serca. Zrobiliśmy zdjęcie.
-To dlatego
zerwałeś z Perrie?- Spytała, palcem wskazując napis. Spojrzałem
na niebo. Wieczór.
-Nie potrafię
odpowiedzieć na takie pytanie. Nie teraz, jest za wcześnie. Może
kochałem, ale... To uczucie nie było na tyle silne, by przetrwać
próbę czasu. - Szepnąłem, wbijając w nią smutne spojrzenie.
Przytuliła mnie. Jej chłopak był zazdrosny? Na pewno. Mam to
gdzieś, nie obchodzą mnie problemy innych. Wystarczająco dużo mam
swoich. Odsunęła się ode mnie i uśmiechnęła nieśmiało.
Odeszli, a ja zostałem sam. Jej ciepło szybko się ulatniało. Nie
spytałem nawet o imię... Zresztą, po co mi taka informacja? Są
miliony fanek, więc przypuszczalnie nazywała się Emilly. Zimno, a
ja nie mam kurtki. Nie przemyślałem tego wyjścia. Poza tym nie
myślałem, że w ogóle gdzieś wyjdę. Harry i Louis. Tęsknili?
Sprawdzimy. Szedłem szybkim krokiem tak, że już kilka minut
później byłem na miejscu. Zadzwoniłem. Z uśmiechem na twarzy
otworzył mi Hazza. Trochę zdziwiony, ale wpuścił mnie do środka.
No tak, nie kontaktowałem ponad 3 dni, a teraz nagle się zjawiam i
bez wyjaśnienia wpieprzam do domu. Genialny ja! W ogóle nie myślę.
Opowiedziałem im o wszystkim. IM, ale nie tylko Styles'owi i Lou, bo
także Eleanor była. Obiecała, że nie powie, ale kto by wierzył
kobietom. Nie powiedziałem im jednak o Katherine. To znaczy... O
niej, jako osobie tak, ale nie o snach i pocałunku. Co by to
zmieniło? Z Perrie tak czy inaczej nie będę. Kazali mi spać u
siebie. Ostatnio nie obchodziło mnie, gdzie śpię, byle, by było
ciepło. Zasnąłem szybko. Sen. Ona, jako Anioł. Powiedziałem, że
nie chcę jej znać. Nie chcę mieć nic wspólnego. Rani mnie jej
widok. Smutna odeszła, a ja obudziłem się i spaliłem fajkę.
Później leżałem w łóżku do samego rana.+ Nie wiem dlaczego tak wychodzi... Mam pomysł na rozdział, ale przez moje samopoczucie wychodzi takie gówno. Przepraszanie już nie wystarczy ;cc
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz