Od razu po nagrywaniu nie wróciłem do domu. Byłem jeszcze z chłopakami. Coś zjedliśmy, ale nic nie piliśmy. Dość dziwne. Ogólnie atmosfera była dziwna... Czułem się, jak jakiś sztywniak. Dlaczego? Bo cały czas byłem nieobecny i wszystko musieli mi powtarzać. Ostatnio nie mam bladego pojęcia, co się ze mną dzieje i jeszcze Liam i Niall. Co chwilę odchodzą na bok, o czymś rozmawiają i za Chiny nie chcą powiedzieć, o czym. Irytujące, ponieważ nigdy nie mieliśmy tajemnic. Przynajmniej ja i blondyn, a teraz... Teraz prawie w ogóle ze mną nie rozmawia. Przecież jeszcze niedawno (nasz męski wieczór, dzień przed nagrywaniem) wszystko było okej. Jakby jedna noc zmieniła wszystko.... Dodatkowo co chwilę dziwnie się na mnie patrzy. Zerka ukradkiem, myśląc, że nie widzę. Sam nie wiem, co o tym wszystkim sądzić. Liam jest.... Jakiś nie swój. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jestem PEWIEN, że to moja wina. Mimo tego, nie wiem, dlaczego. Czy zrobiłem coś źle? Nic tego nie rozumiem. Myślałem, że będą mnie wspierać po tym, jak powiem im, że chcę zerwać z Perrie, a tu... Harry i Louis są ciągle są zajęci sobą. Po prostu nic ich nie interesuje... Wróciłem do domu, rozebrałem się i wskoczyłem do łóżka. Nie byłem pijany, tylko zmęczony, a było już po 2 w nocy. Zasnąłem szybko, czując przy sobie ciepło ciała Perrie. Nie wiem dlaczego, ale to mnie uspokajało.
Obudziłem się o 12. Łóżko było już zimne. Powoli poszedłem do łazienki, tam wziąłem prysznic, wysuszyłem i ułożyłem włosy. Boże, 13:30, a ja nie zrobiłem prawie nic. Założyłem szare rurki i luźny, błękitny T-shirt. Do tego czarne converse. Zbiegłem na dół. Perrie, jak zwykle, nie było. Nie byłem głodny, co jest równoznaczne z tym, że nic nie zjadłem. Wypiłem tylko kawę. Znów nerwowy wzrok na zegarek. 14. Boże, jeszcze tylko godzina i ją zobaczę. A właśnie... Śniła mi się? Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. Naszykowałem wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i wyszedłem. Chyba dobrze wyglądam prawda? No cóż. Po drodze zaczepiło mnie kilka dziewczyn. Dałem autograf, zrobiłem zdjęcie, jednej coś zaśpiewałem, inną przytuliłem. Jak zwykle. Dobrze, że wyszedłem wcześniej. Nie będę ukrywał, byłem strasznie podekscytowany tym spotkaniem. Szedłem powoli parkiem, z rękoma w kieszeniach skórzanej kurtki. Było chłodno, ale to już koniec wakacji, więc nie ma czemu się dziwić. Z daleka dostrzegłem ją. Miała jasne rurki, beżowe conerse i czarno-białą bejsbolówkę. Obok niej szedł chłopak. To był... To w ogóle możliwe? Podszedłem.
-Hej.- Przywitałem się słodko, całując ją w policzek.
-Hej.- Odpowiedziała, swoim melodyjnym głosem.
-Cześć, Liam.- Powiedziałem oschle. Ciekawiło mnie, co on tu robi. Nie, inaczej. Co on z Nią tu robi.
-Siema.- Powiedział i uśmiechnął się do mnie przyjacielsko. Miałem ochotę krzyknąć, żeby nie udawał. Wczoraj w ogóle nie chciał ze mną gadać, unikał mnie i gapił się na mnie jak nienormalny, a dziś udaje najlepszego przyjaciela. Nie ze mną takie numery! A co, jeśli on i Katherine... Nie. Przecież niedawno się tu przeprowadziła, a Liam by powiedział. Choć może powiedział, tylko nie mi. Usiedliśmy na ławce, Ona po śroku.
-Przepraszam.- Odezwała się słodko. Ja i Payne spojrzeliśmy na nią.
-Za? - Spytałem cicho. Spojrzała mi w oczy.
-Bo przyszłam z Liam'em. Wiem, że się umówiliśmy... Choć chyba oboje nie traktujemy tego, jako randki, prawda?
-Nie, oczywiście, że nie. Poza tym, przyjaźnię się z Liam'em.- Odpowiedziałem spokojnie. Nieźle wyszło, mimo tego, że w środku gotowałem się jak makaron na sphagetti. Miałem ochotę się na niego rzucić.
-Wiem, mówił. Dlatego...- Westchnęła i spojrzała w niebo. W jej oczach znów dostrzegłem złote iskierki. Nagle zadzwonił telefon bruneta. Ten przeprosił i odszedł kawałek.
-Nie jesteś zły?- Spytała cicho. Pokręciłem przecząco głową i uśmiechnąłem się do niej.
-A od kiedy się znacie?
-Od bardzo, bardzo dawna...- Uśmiechnęła się sama do siebie. Chwyciła moja dłoń, a mnie oblała fala gorąca. Nie wiedziałem, co mam zrobić.
10 minut później Liam poszedł, a my rozmawialiśmy i wygłupialiśmy się. Była... Cudowna. Zabawna, ale też poważna. Prawdziwa. Nie starała się być kimś innym. Głównie to ja opowiadałem o sobie, a ona tylko o tym, że jej ojciec ma bardzo poważną pracę i ciągle musi mu pomagać. Jest jego prawą ręką. Jest ściśle związana z religią, a najbardziej interesują ją Anioły i historie Upadku, oraz sprzeciwienia się Lucyfera. Szczerze? Nie zdziwiło mnie to. Poza tym, to, że jestem muzułmaninem wcale jej nie przeszkadzało. To dawało mi... Poczucie szczęścia. Była idealna. Uwielbia śpiewać, grać na różnych instrumentach, ale nie lubi... Tańczyć. To też mi się strasznie spodobała. Była piękna, miała cudowną osobowość, ale... Było coś, czego nie chciała mi powiedzieć. Nie chciałem nalegać, to dopiero początki naszej znajomości. Po 3 godzinach zaprosiłem ją do domu. Zjedliśmy pizze i oglądaliśmy film w telewizji. Siedzieliśmy blisko siebie, co przyprawiało moje serce o szybszy rytm. Fil jeden za drugim. W końcu Tytanic. Nie wiem, dlaczego. Nie lubiłem tego filmu. Oglądałam go z Perrie i byłem pewien, że ja bym czegoś takiego dla niej nie zrobił. Nie kochałem ją. Nasz związek był tanią reklamówką. W końcu doszliśmy do momentu, w którym Jack umiera. Z oczu Katherine popłynęły łzy.
-Choć, przytul się.- Powiedziałem z uśmiechem, a ona bez chwili zawahania wtuliła się we mnie. Było mi dobrze... Czułem, że cały mój świat właśnie trzymam w rękach. Usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi. Kathy odsunęła się ode mnie i wytarła łzy. Skrzywiłem się lekko, gdy do salonu weszła Perrie. Cholera?
-Hej, kocha... O! - Spojrzała zdziwiona na mojego gościa.- Katherine, ile to czasu!- Krzyknęła i przytulia się do brunetki. Dobra, teraz to już nic nie rozumiem. Najpierw Liam, a teraz Perrie. Kto jeszcze? Patrzyłem, jak dziewczyny gadają i śmieją się. Kathy była... Trochę zszokowana i zdezorientowana. Chyba nie bardzo lubiła moją dziewczynę. No cóż, nie ona jedna.
-Wytłumaczy mi ktoś, skąd się znacie?- Spytałem, przerywając tą sztuczną sielankę. Skrzywiłem się lekko.
-Em... My... Kiedyś mieszkałyśmy na jednym osiedlu.- Powiedziała Perrie. Chyba coś kręciła.
-Tak.- Przytaknęła nieśmiało Katherine. W oczach blondynki dostrzegłem błysk czegoś... Czerwono-czarnego. Nie mam bladego pojęcia, co to było, ale mnie przerażało. Odetchnąłem i poszedłem do kuchni. Dziwnie się poczułem... Wszyscy wokół albo mnie okłamywali, albo w ogóle unikali. Zrobiłem herbaty i z gorącym kubkiem usiadłem do stołu. Miałem ochotę się rozpłakać, ale miałem inny plan. Ktoś usiadł obok mnie.
-Przepraszam. Nie chciałam psuć wam seansu.- Odezwała się, przesłodzonym tonem Perrie. Westchnąłem.
-Nie popsułaś. Po prostu chciałem, żebyście się wygadały. Wiem, jakie są dziewczyny.-Uśmiechnąłem się do niej, a ona za to prychnęła.
-Wcale nie gadamy więcej od was.- Powiedziała, dumnie podnosząc głowę.
-Oczywiście.- Zaśmiałem się, a ona mnie pocałowała. Zszokowało mnie to, choć nie powinno. Dla zmyłki odwzajemniłem pocałunek.
-Hej, ja... Ups.- W drzwiach stała Kathy. Oderwaliśmy się z Perrie od siebie.- Nie chciałam przeszkodzić.- Zachichotała. Co jak co, ale wyglądała przeuroczo.
-Nie przeszkodziłaś.- Powiedziałem cicho.
-Chciałam tylko powiedzieć, że idę. Do zobaczenia!- Powiedziała na odchodne i wyszła. Zostawiła mnie samego. No może nie samego, bo z Perrie, ale to nie to samo. Siedzieliśmy chwilę w ciszy.
-Muszę pojechać do Niall'a.- Powiedziałem i wyszedłem. Nie zwracałem uwagi, na to, że mnie wołała. Wsiadłem do samochodu i już po 10 minutach byłem na miejscu. Jak zwykle, bez pukania wszedłem do domu. Blondyn siedział na kanapie w samych bokserkach i grał na gitarze. Stanąłem w drzwiach, a on spojrzał na mnie zdziwiony.
-Zayn? Co ty tu...- Zaczął, lecz ja mu przerwałem. Tak, to był czysty spontan. Nie przemyślałem tego.
-O co chodzi z tobą i Liam'em? Coś do mnie macie, to widać. Nie chcecie nic powiedzieć. Wiesz, jak to mnie irytuje? Nikogo już nie obchodzę. Straciłem przyjaciół.- Powiedziałem, odwróciłem się na pięcie i wyszedłem. Tak, teraz zachowałem się jak rozkapryszone dziewczę. Miałem to gdzieś. Może i nazywają mnie Bad Boy'em, ale ja też mam uczucia. Tak trudno to zrozumieć? Wsiadłem do samochodu i pojechałem. Nawet sam nie wiem, gdzie. Jutro mamy próbę. No cóż, poradzą sobie beze mnie, niestety. Choć właściwie, pewnie nawet tego nie zauważą. Nie jestem im już do niczego potrzebny. Zatrzymałem się przy jeziorze. Trzasnąłem drzwiczkami i ruszyłem do brzegu. Położyłem się na trawie. Tak, kurwa, ja TEŻ MAM UCZUCIA. Mnie też boli! Mój telefon nie przestawał dzwonić. Kilka nieodebranych od Perrie, mnóstwo od Niall'a i Liam'a, a co najdziwniejsze kilka od Katherine. Ją teraz też miałem gdzieś. Nikogo nie potrzebuję. Jestem ten zły. Powinienem mieć na wszystkich WYJEBANE. Dzwonił Niall, odebrałem.
-O Boże, tak się cieszę, że odebrałeś!- Krzyczał do słuchawki. Niegdyś on był tym, który przywracał mnie do rzeczywistości. Tylko on potrafił mi pomóc, ale nie teraz. Dzięki niemu poczułem się jak śmieć.
-Wiesz co, Horan? Pierdol się.- Powiedziałem oschle i się wyłączyłem. Wiem, źle robię. Wiem, to był przyjaciel. Ha! Był. Już nim nie jest. Nie mam przyjaciół. Jestem sam, nikt nie potrafi mnie zrozumieć. A może to ja niczego nie rozumiem? Jestem kretynem. Odpływam. Z dala od wszystkich, tam nikt mnie nie znajdzie. Skryty świat, do którego nikt nie ma wstępu. Tam uczucia są Bogiem, tam żyję chwilą, nie martwiąc się tym, co będzie. Mój prywatny, mały raj. Brak zmartwień, fałszywości. Miłości. Nie potrzebuję nikogo, a nikt nie potrzebuje mnie. Jestem szczęśliwy, choć jestem sam. Wszystko jest dobre do czasu, nic poza tym. Tak właśnie runął mój prawdziwy świat i został tylko ten stworzony przeze mnie, będący w mojej głowie. Nikt nigdy się tam nie dostanie i nie spierdoli niczego. Ludzie mi zazdroszczą, a tak naprawdę nie wiedzą, jak jest. A jest chujowo. Wszystko traci sens w jednej chwili. Szukają tam, gdzie nie ma. Tu, gdzie jestem, nikt nie znajdzie. Prywatna, mała wyspa. Szczęście. Jestem szczęśliwy? Tam tak, tutaj nie. Jestem zdesperowany. Emocje wzięły górę, zapanowały nad życiem, nad wyborem. Wybrałem, tylko co? Pustkę, smutek. Śmierć? Nie, za wcześnie. Nie dam nikomu tej satysfakcji. Samobójstwo jest oznaką strachu przed życiem. Nie boję się życia. Panuję nad nim. Zasypiam...
Obudziłem się w tym samym miejscu na trawniku. Było zimno, zmarzłem przez noc. No, ale nic. Spojrzałem na wyświetlacz. Było chyba z 500 połączeń. Pewnie jeszcze zgłosili zaginięcie. Prychnąłem. Mogą zgłosić nawet morderstwo. Krzaki idealnie zakrywały moją pozycję. Nagle zaczęły mnie szczypać oczy. Nie płacz! Ja nie płaczę z błahych powodów! Krzyczałem na siebie w myślach. Przetarłem oczy. Cholernie zimno, miałem dreszcze. Rozejrzałem się dookoła. Zamknięty we własnym świecie, nikt nie wejdzie, nikt nie wyjdzie. Nikt nie zakłóci tego spokoju. Katherine. Siedziała z nogami pod brodą. Co ona tu robiła? Wstała i przykryła mnie kocem. Usiadła koło mnie i oparła się głową o moje ramię. Słońce delikatnie przebijało się przez chmury.
-Czasem nie ważne, jak daleko uciekniesz. Niektórzy i tak cię znajdą.- Szepnęła. Objąłem ją ramieniem.
-Jak mnie znalazłaś? - Spytałem cicho. Patrzyłem na spokojną taflę wody.
-Słuchaj serca, a ono doprowadzi cię do wyznaczonego celu. Uważaj, rozum może przeszkadzać.- Westchnęła. Nie miałem pojęcia, co o tym myśleć. Wiedziałem tylko, ile ta chwila dla mnie znaczy. Ile znaczy jej bliskość i dotyk.
-Nie obwiniaj przyjaciół. Na niektóre rzeczy trzeba poczekać. Nie śpieszmy się, przecież mamy czas.
-Ja... Po prostu czuję się nie ważny.- Wyszeptałem smutno. Odwróciła moją głowę w swoją stronę i spojrzała mi głęboko w oczy. Jej były złote. Złudzenie optyczne? Wątpię.
-Jesteś ważny. Dla niektórych bardziej, niż powinieneś.- Pocałowała mnie. Boże, ona to naprawdę zrobiła! Jej usta były słodkie i ciepłe. Pocałunek był namiętny i prawdziwy. Takiego z Perrie nie było od dawna. Nasze języki zaczęły ze sobą tańczyć. Chciałem tak trwać wiecznie, ale ona przerwała. Uśmiechnęła się lekko i wtuliła we mnie. Objąłem ją mocniej, rozkoszując jej zapachem. Ciepło... Czułem się idealnie. Nie przejmowałem się niczym. Mógłbym być z nią już zawsze, niczego więcej mi nie potrzeba.
-Wracaj do domu. Spotkamy się za kilka dni, dobrze?- Powiedziała to łagodnie, ale tonem nie znoszącym sprzeciwu. Rozstaliśmy się, a ja wróciłem do domu. Perrie nie było. Poszedłem na górę i zacząłem pakować wszystkie swoje rzeczy. Dziwnie się czułem. Zaniosłem wszystkie torby do samochodu, gdy na podjazd wjechał jej samochód. Zatarasował wyjazd. Wybiegła i z łzami w oczach rzuciła mi się na szyję. Delikatnie ją odsunąłem. Patrzyła na mnie zdezorientowana i przerażona.
-To koniec, Perrie. Już nie ma tego, co kiedyś. Sama zresztą wiesz.- Powiedziałem cicho, nie patrząc w jej oczy. Zaczęła szlochać.
-Ja... Naprawimy to, tylko zostań.- Powiedziała, łamiącym się głosem. Pokręciłem przecząco głową.
-Przeparkój samochód, chcę wyjechać.- Zrobiła, co kazałem. Ja bez słowa wsiadłem i odjechałem. Może nie czułem się z tym dobrze, ale... Ostatnio z niczym nie było mi dobrze. Wynająłem jakąś małą kawalerkę. Kuchnia z jadalnią, średni salon, sypialnia i łazienka. Pojechałem na zakupy. Nie odmawiałem autografów i zdjęć. To trochę podnosiło mnie na duchu. Mam fanów, których marzeniem jest spotkanie mnie, a moim marzeniem... Jest to, by wszystko się ułożyło. Wróciłem do „nowego domu”, rozpakowałem zakupy i poszedłem do sypialni. Wypakowałem wszystkie rzeczy, a później wziąłem prysznic. Płożyłem się na łóżku. Wziąłem telefon i napisałem sms-a: „Przepraszam. Byłeś najlepszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałem. Nie wiem, czym zawiniłem. Chyba nie chcę wiedzieć... Nie dzwońcie.”. Wysłałem do Niall'a. Nie chcę, by tak to się skończyło, ale nic na to nie poradzę. Decyzje zostały dokonane. Straciłem ich. Nie wiem, czy da się to naprawić. Zacząłem płakać. Tak dawno tego nie robiłem... Dostałem sms-a: „Przepraszam, za moje zachowanie ostatnio. Nie powinienem... Jesteś, byłeś i będziesz moim najlepszym przyjacielem. Nie chcę Cię stracić, Zayn. Niczym nie zawiniłeś. To ja jestem kretynem...”. Popłakałem się jeszcze bardziej. Pamiętam, każdą chwilę spędzoną z nim. Z tym leniwym, żarłocznym, wrażliwym Irlandczykiem. Pojechałem do niego. Wszedłem do jego domu, jak zwykle, bez pukania. Chłopak od razu się na mnie rzucił. Płakaliśmy razem.
-Dziękuję, że wróciłeś.- Wyszeptał.
-Dziękuję, że jesteś.- Odpowiedziałem, również szeptem.
Prawdziwa przyjaźń przetrwa wszystko, nie ważne, jak wielkie będą problemy. Potrzebujemy siebie nawzajem. Kochamy się, jak bracia.
+ Przepraszam, wyszedł kijowy. Wszystko ze względu na moje samopoczucie. Teraz dodam podrozdział nawiązujący. Mam nadzieję, że mimo tego, i wyszło z tego JEDNO WIELKIE GÓWNO, nie przestaniecie czytać. Jeszcze raz przepraszam ;<<
fajny ;p
OdpowiedzUsuńhttp://and-little-things-1d.blogspot.com/